sobota, 6 sierpnia 2016

Prolog

Chyba każdy kocha skomplikowane historie miłosne. Takie, w których pełno potknięć, problemów, sporów i komplikacji. Czasem można by się zastanowić, co takiego w nich widzimy? Czemu wszędzie jest ich tak wiele, na taką skalę, że niektórzy mają ich po dziurki w nosie, jednak wciąż nie mogą się od nich oderwać? Ten właśnie temat mnie nurtuje. Co jest w tych wszystkich zagmatwanych opowieściach, od których aż roi się w każdym zakamarku księgarni, bibliotek publicznych, czy też domowych, Internetu, a nawet naszej podświadomości?
Właśnie w tym ostatnim podpunkcie ukrywa się cała prawda. To tam, znajduje się odpowiedź na pytanie, dlaczego tak bardzo lubimy czytać, oglądać i słuchać tego typu powieści. Wyjaśnienie jest bowiem proste. Powiedziałabym, że wręcz banalne. Otóż, sprawa ma się tak, że każdy z nas chciałby przeżyć tak niesamowite przygody, jakie przytrafiają się bohaterom literackim. Nie mam racji?
Możemy się do tego nie przyznawać, możemy to od siebie odpychać, ukrywać gdzieś w odmętach własnego rozumu, własnych potrzeb i pragnień, ale prawda jest taka, że wszyscy marzymy o miłości jak z bajki. Istnieje ciekawa teoria, nieco dziwna, niekonwencjonalna i kwestionowana nie bez powodu; mitologiczna. Bowiem pewien filozof ukazał kiedyś hipotezę, że jeszcze przed poczęciem każdy człowiek posiadał cztery pary rąk, nóg oraz dwie głowy. Jednak z jakiegoś powodu, o którym, szczerze mówiąc, zdążyłam zupełnie zapomnieć, zostaliśmy podzieleni na dwie, równe części i od dnia urodzenia aż do swojej śmierci dążymy do odnalezienia naszej drugiej połówki.
Brzmi absurdalnie, nieprawdaż? Tak, sama też tak uważam. Nie zmienia to jednak faktu, że wierzę w miłość. Wierzę w przeznaczenie, karmę i inne pierdoły, którymi normalni ludzie na co dzień nie zawracają sobie głowy. I może wydaje się to nieco niedorzeczne z mojej strony, może uznacie mnie za hipokrytkę, skoro przed chwilą prawiłam o nadmiarze skomplikowanych, miłosnych historyjek, a teraz sama chcę streścić swoją. Ale cóż mogę na to poradzić? Tak się właśnie sprawy mają i mam nadzieję, że uda mi się zatrzymać lub chociażby zwolnić na chwilę zawrotne tempo waszego, wiecznie zabieganego życia. Czy mi się uda? Przekonajmy się!
Nazywam się Elizabeth Blurr. Mam osiemnaście lat i pochodzę z Cheshunt - niewielkiego miasta na północ od Londynu. Nic niezwykłego, prawda?
Pozwólcie, że postaram się wyprowadzić was z częstego błędu oceniania książki po okładce.

Obserwatorzy

.
.
.
.
.
.
template by oreuis